Lata szkolne

Moszczenica (1949 - 1958)
Urodziłem się 26 września 1949 roku na Wiatrówkach w Moszczenicy koło Gorlic. Akuszerka ponoć dzielnie walczyła o mój pierwszy oddech i płacz, zanurzała mnie w zimnej i ciepłej wodzie. Pierwsze zapamiętane duże przeżycie – droga do szpitala w Gorlicach (tato niósł mnie parę kilometrów na rękach na przystanek kolejowy w Moszczenicy) i operacja wycięcia wyrostka robaczkowego. Miałem wtedy ok. 5 lat. Nasz dom znajdował się pod lasem i od dzieciństwa dużo chodziłem po lesie. Do dziś pamiętam grzybobrania z mamą. Zawsze baliśmy się, że zabłądzimy. Ale grzybów zawsze było dużo. Naukę w Szkole Podstawowej w Moszczenicy zacząłem 1 września 1956 roku w starym drewnianym budynku, chyba Domu Ludowym. Budynek nowej szkoły był już prawie gotowy, ale jeszcze nie oddany do użytku. Był jeszcze stary murowany budynek szkolny ale my tam nie uczyliśmy się. Chyba od drugiej klasy uczyliśmy się w w salce Domu Młodzieży, Tam też na pięterku mieszkała nasza wychowawczyni Amalia Gubała. Pamiętam, że czasem bawiłem się z Wackiem, synem wychowawczyni na strychu, gdzie jak pamiętam były zgromadzone trociny, pewnie do ogrzewania w zimie. Religii uczył nasz ksiądz proboszcz. Pamiętam jak dla zabawy podnosił za uszy naszą małą koleżankę Basię.
Do szkoły z Wiatrówek szedłem około pół godziny. W sumie nie tak daleko, ale część drogi prowadziła przez las zwany Ryjami. Pamiętam, że późną jesienią i zimą gdy robiło się ciemno to trochę bałem się sam iść przez las. Aby nie słyszeć jakichś szelestów pogwizdywałem sobie i zawsze szedłem szybko. Do szkoły było raczej w dół, ale z powrotem więcej pod górkę. Nasz sąsiad Józef Rafa miał dużą pasiekę i od niego zawsze mieliśmy miód. Bardzo lubiłem patrzeć jak w specjalnej wirówce odwirowuje miód. Często, gdy przychodził do nas opowiadał o wielu latach spędzonych na zesłaniu na Syberii. U niego w domu pierwszy raz mogłem posłuchać radia, miał takie radio na słuchawki tak zwany detektor. Ustawiał w odpowiednim miejscu igłę na kryształku w specjalnym aparacie i można było posłuchać.
W roku 1958 w maju przystąpiłem do I Komunii Św. Pamiętam, że śniadanie po komunii mieliśmy w salce Domu Młodzieży, który stoi koło kościoła. Trzecia klasę rozpocząłem w Moszczenicy, ale przed Bożym Narodzeniem nasza rodzina zmieniła miejsce zamieszkania. Dziadek Jan, który w 1950 roku wrócił z Kanady kupił gospodarstwo rolne z zabudowaniami w Strzeszynie, wiosce oddalonej od Moszczenicy kilkanaście kilometrów. Przed świętami pożegnałem się z klasą. Koleżanki i koledzy obiecali pisać do mnie. Do dziś przechowuję pierwszy i zarazem ostatni list od nich z 13 stycznia 1959 roku. Poniżej można go obejrzeć i odczytać nazwiska moich koleżanek i kolegów, którzy podpisali się w nim.
I jeszcze zachowane zdjęcia zrobione po pierwszej Komunii Św.:
Na pierwszym ja z kolegą Czesiem Wackiem i księdzem proboszczem Franciszkiem Witkiem, na drugim - ja z Rodzicami.
Zdjęcie ze strony szkoły: http://www.strzeszyn.szkoly.biecz.pl/historia.php#
Strzeszyn 1958 - 1967
Przed świętami Bożego Narodzenia 1958 roku zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Dziadek Jan postanowił kupić dom i gospodarstwo rolne w Strzeszynie. W Moszczenicy gospodarstwo rolne było w kilku odległych kawałkach z bardzo złym dojazdem wąwozami i kiepską drogą. Po powrocie z Kanady dziadek mając trochę zaoszczędzonych pieniędzy zadecydował o zmianach. Dom i część gospodarstwa kupiła pani Wojtas. Przewozili wszystko furmanką, bo to tylko kilkanaście kilometrów. Po świętach, a chyba dokładnie po święcie Trzech Króli, poszedłem do nowej szkoły. Rodzice poprosili starszego ode mnie syna sąsiadów Stasia Kościółka aby mnie zaprowadził do szkoły, on był już uczniem klasy siódmej, a ja trzeciej.
Dla mnie było to duże przeżycie - nowi koleżanki i koledzy, nowa pani wychowawczyni. Wychowawczynią okazała się pani Bronisława Bażyk. Kierownikiem szkoły był wtedy pan Jan Bisior. Okazało się, że po sąsiedzku też mam kolegów z klasy - Olka Wachowicza i Jana Wilczkiewicza. Szkoła mała i stara nie mieściła wszystkich klas. Uczyliśmy się też w salce Domu Ludowego kawałek dalej. Okazało się też niedługo, że lekcje religii nie mogą odbywać się w szkole i zaczęliśmy koczowanie z lekcjami religii po prywatnych domach wokół szkoły. Tak po pół roku lub więcej w jednym miejscu. A przy okazji - warto wspomnieć, że do kościoła parafialnego w Bieczu mieliśmy prawie 6 km. Autobusów wtedy nie było, chodziliśmy na piechotę, jeździliśmy furmanką, a później motocyklem jawa, którego kupił tato chyba w 1961 roku. Ze szkoły pamiętam jeszcze to, że podłogi od czasu do czasu były smarowane śmierdzącą ropą. Wielu z nas chodziło do szkoły boso i zawsze mieliśmy wysmarowane na czarno stopy. Nawet lubiliśmy takie smarowanie się w tej ropie i ten specyficzny zapach. Z lekcji warto jeszcze wspomnieć to jak za złe zachowanie lub nieuwagę pani brała z ławki czyjś drewniany piórnik lub linijkę, każdy wyciągał dłoń i otrzymywał piekącego klapsa za karę. Bardziej piekło linijką.
W klasie piątej i szóstej przygotowywaliśmy przedstawienia i układy tańców góralskich. Na występy zawsze zapraszani byli rodzice. Pamiętam, że raz byłem wilkiem w przedstawieniu Czerwony Kapturek. Tańczyłem też tańce góralskie. Mam zachowane zdjęcia naszego zespołu tanecznego w strojach góralskich. Naukę w szkole podstawowej kończyliśmy na klasie siódmej. Miało to miejsce w roku 1963.
....................................................................................................................................................................................................................................................
Zdjęcie szkoły: http://www.szkolnictwo.pl/index.php?id=PA0109
Liceum Ogólnokształcące w Bieczu
Zmiana szkoły. Pomyślnie zdaję egzamin wstępny do Liceum Ogólnokształcącego w Bieczu. Teraz mam więcej niż drugie tyle do szkoły - ponad 6 km. Oczywiście trzeba było chodzić na piechotę lub jeździć rowerem, a droga bardzo kiepska - błoto, wyboje. Najgorzej było zimą. Mróz albo zaspy na 2 metry - bardzo ciężka droga. W klasie X i XI w zimie mieszkałem u kolegi na przedmieściu Biecza u państwa Lianów. U nich mieszkali też w klasie XI i inni nasi koledzy - Zygmunt Ryczek i Wiesiu Bąk. W soboty przyjeżdżał sankami po mnie tato. W niedzielę znowu odwoził mnie na stancję. Często konie brnęły po głębokich zaspach, albo gdy śnieg był już zmrożony jechaliśmy wierzchem po stwardniałych zaspach. I te dzwonki przy uprzęży końskiej. Bardzo urocze były te zimowe wyprawy do Biecza. Oczywiście wieźliśmy też żywność na cały tydzień - chleb pieczony przez mamę, masło, jajka, wędliny czasem, itp.
Szybko minęły licealne lata. Oprócz normalnych lekcji zajęcia dodatkowe, a w związku z rokiem Sienkiewicza przygotowania przedstawienia związanego z jego twórczością, które było wystawione nie tylko w szkole. Mam parę zdjęć upamiętniających to. Ja byłem Skrzetuskim i też miałem przygotowany odpowiedni strój. Zbliża się matura i trzeba też podjąć decyzję o wyborze dalszej nauki. Mieszkając z kolegami, którzy przygotowują się do matury z fizyki, i ja też ją wybieram jako przedmiot dodatkowy. Początkowo myślałem o geografii. Za sugestią wychowawczyni pani profesor Izabeli Forczek, która uczyła nas języka rosyjskiego decyduję się na studia filologiczne w zakresie języka rosyjskiego, decyduję się zostać nauczycielem języka rosyjskiego. Maturę zdaję pomyślnie w maju 1967 roku i wysyłam podanie na studia do Rzeszowa do Wyższej Szkoły Pedagogicznej. No i po pomyślnie zdanym egzaminie wstępnym zostaję studentem WSP.
..........................................................................................................................................................................................................
Poniżej kilka fotek z czasów licealnych
Helena Ołpińska - moja pani profesor matematyki w LO w Bieczu
WIERNA BIECKIEMU LICEUM... 2025-02-21
W tym roku minęła 90. rocznica urodzin, a 19 maja czwarta rocznica śmierci Heleny Ołpińskiej – niezwykle cenionej i szanowanej nauczycielki matematyki w Liceum Ogólnokształcącym w Bieczu, któremu poświęciła całe swoje zawodowe życie. Pracowała tam w latach 1955-1989. Przez długi okres czasu piastowała również społecznie funkcję wicedyrektora tej placówki. Helena Wiącek urodziła się 18 lutego 1932 roku w Raniżowie niedaleko Kolbuszowej. Była trzecim dzieckiem Franciszka Wiącka i Anny z domu Borawa – rolników, którzy posiadali duże gospodarstwo. Miała pięcioro rodzeństwa: trzy siostry – Zofię, Marię i Józefę oraz dwóch braci – Stanisława i Juliana. Dzieciństwo spędziła w Raniżowie. W lipcu 1939 roku, gdy miała zaledwie siedem lat, zmarł nagle jej 31- letni ojciec Franciszek, który chorował na gruźlicę. Wkrótce wybuchła II wojna światowa, co było kolejnym traumatycznym przeżyciem dla małej dziewczynki. Od połowy września 1939 roku Helena uczęszczała do siedmioklasowej Szkoły Podstawowej w Raniżowie. Następnie kontynuowała edukację w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym w Kolbuszowej, które ukończyła w 1951 roku. Mieszkała wówczas w bursie (internacie) w Kolbuszowej. Jej marzeniem było pójście na studia, podobnie jak uczyniło to jej starsze rodzeństwo. Mama Anna zgodziła się na ten krok córki pomimo trudnej w tym okresie sytuacji materialnej rodziny. Jesienią 1951 roku Helena Wiącek podjęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie na Wydziale Matematyki-Fizyki-Chemii, specjalizując się w zakresie matematyki. Zamieszkała razem ze starszą siostrą Marią, która już studiowała ekonomię.
Helena była bardzo zdolna, udzielała się również sportowo grając w siatkówkę w drużynie uczelnianej. Zresztą ta dyscyplina sportu szybko stała się jej wielką miłością. Dyplom magistra matematyki uzyskała 20 grudnia 1955 roku. Nieco wcześniej, wkrótce po ukończeniu studiów otrzymała tzw. nakaz pracy. Do wyboru miała dwie miejscowości: Biecz i Brzozów. Zdecydowała się na Biecz, z którym związała się już na zawsze. Dnia 1 października 1955 roku podjęła pracę nauczycielki matematyki w Liceum Ogólnokształcącym, które wówczas nosiło nazwę Państwowej Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego w Bieczu. Warto podkreślić, że była to jej pierwsza i jedyna praca. Poświęciła murom tej szkoły i oczywiście wychowankom całe swoje zawodowe życie. Otrzymała służbowe mieszkanie przy ulicy Kolejowej. Od czterech lat w bieckim liceum uczyła chemii dużo starsza i znacznie bardziej doświadczona nauczycielka Adela Ochałek, która bardzo pomogła jej w pierwszym okresie pracy, a wkrótce stała się jej bliską przyjaciółką. Pewnego dnia Helena poznała w pociągu Tadeusza Ołpińskiego – młodego sędziego, który wracał z pracy z Jasła. Był on synem Ignacego Ołpińskiego – byłego burmistrza Biecza i przedsiębiorcy budowlanego oraz Marii z domu Liana. Nieoczekiwane spotkanie zaowocowało wspólnym życiem. 20 października 1956 roku Helena i Tadeusz zawarli związek małżeński w USC w Bieczu, a 26 grudnia 1956 roku odbył się ich ślub kościelny w Raniżowie. Zamieszkali w domu wybudowanym przez Ignacego – ojca Tadeusza przy ulicy Kromera 12. Doczekali się dwójki dzieci: syna Mariana, późniejszego lekarza – hematologa dziecięcego, pediatrę i onkologa dziecięcego oraz córki Anny – m.in. kierownika Referatu Finansowo-Budżetowego w Urzędzie Miejskim w Bieczu i Skarbnika Gminy Biecz. Tadeusz Ołpiński był sędzią w Nisku, Rzeszowie, a w następnych latach w Gorlicach. Zgodne i szczęśliwe małżeństwo przerwała jego nagła śmierć w 1967 roku w wieku zaledwie 41 lat. Byli uczniowie wspominają Helenę Ołpińską jako pedagoga, który potrafił nauczyć podstaw matematyki nawet wybitne antytalenty w tym kierunku. Ogromnie zależało jej, by wszyscy zdali egzamin dojrzałości. Zajęcia prowadziła w ciekawy sposób. Cechowała ją życzliwość i cierpliwe podejście do młodzieży. Nigdy nie robiła problemów uczniom, którzy bardzo się starali, ale nie radzili sobie najlepiej z jej przedmiotem. Jednocześnie irytowali ją licealiści, ewidentnie mający talent do matematyki, ale nie wykazujący chęci do nauki. Wymagała od nich więcej i trudno było jej się pogodzić, że nie zawsze spełniali oczekiwania. Zdarzało się wówczas, że zeszyty „fruwały” po klasie. Gdy maturzyści trafiali na studia techniczne, a ich wykładowcy dowiadywali się, że uczyła ich profesor Ołpińska, to wiedzieli doskonale, że przyszli studenci są świetnie przygotowani.
W latach 70-tych i 80-tych Helena Ołpińska pełniła społecznie funkcję zastępcy dyrektora bieckiego liceum, którym był wówczas pan Stanisław Dąbrowski. Do jej obowiązków należało m.in. skrupulatne układanie siatki godzin w placówce, czyli planu lekcji dla nauczycieli i uczniów. Wciąż podnosiła także kwalifikacje zawodowe uczestnicząc w wielu wakacyjnych kursach dokształcających. Z dniem 1 września 1977 roku decyzją Kuratora Okręgu Szkolnego w Rzeszowie została powołana na stanowisko profesora szkoły średniej. W Liceum Ogólnokształcącym w Bieczu (od stycznia 1981 roku noszącego imię Stanisława Wyspiańskiego) spędziła 34 lata. Pracowała do 30 czerwca 1988 roku, kiedy to przeszła na emeryturę. Przez ponad trzy dekady, będąc często wychowawcą, dbała o podopiecznych z dużym zaangażowaniem. Postanowiła też doprowadzić swoją klasę maturalną do egzaminu dojrzałości, więc kontynuowała pracę w niepełnym wymiarze godzin od 1 września 1988 roku do 31 sierpnia 1989 roku.
W czasie wieloletniej pracy Helena Ołpińska nagradzana była różnego rodzaju licznymi odznaczeniami. Otrzymała m.in. Nagrodę Kuratora Okręgu Szkolnego (1972, 1981) za szczególne osiągnięcia w dziedzinie pracy dydaktyczno-wychowawczej, Nagrodę Ministra Oświaty i Wychowania stopnia trzeciego (1976) za wybitne osiągnięcia w pracy dydaktycznej i wychowawczej, Złoty Krzyż Zasługi (1976) za dwudziestoletnią nienaganną pracę pedagogiczną, Medal Komisji Edukacji Narodowej (1978) za zasługi dla oświaty i wychowania, Medal 40-lecia Polski Ludowej (1984), Nagrodę Specjalną Kuratora Oświaty i Wychowania (1987) za szczególne osiągnięcia w pracy dydaktyczno-wychowawczej z młodzieżą oraz twórczą postawę nauczycielską, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1987) – za trzydziestoletnią szczególnie wyróżniającą pracę pedagogiczną oraz będąc już na emeryturze Odznakę Honorową Ministra Edukacji Narodowej – Za Zasługi dla Oświaty (1995). Helena Ołpińska po przedwczesnej śmierci męża pozostała sama z dwójką dzieci. Była kochającą matką, która przywiązywała dużą wagę do ich edukacji. W 1975 roku rodzina przeniosła się do mieszkania w bloku przy ulicy Parkowej. W czasie wakacji często wyjeżdżali do Raniżowa. Helena lubiła piesze wycieczki i wspomnianą już wcześniej siatkówkę. W lipcu 1976 roku wybrała się na miesiąc do Stanów Zjednoczonych odwiedzić swoją siostrę Zofię w New Jersey. Zbiegło się to z 200. rocznicą powstania USA. Helena była z tej okazji na paradzie w Nowym Jorku. Oglądała również transmisje z Igrzysk Olimpijskich w Montrealu, na których polska reprezentacja siatkarzy sięgnęła po złoty medal pokonując w pamiętnym dramatycznym finale ZSRR. W kolejnych latach nadal kibicowała naszym siatkarzom przeżywając ich sukcesy i porażki. Jej ogromną pasją był brydż. Grała namiętnie przy zielonym stoliku, najczęściej ze swoimi przyjaciółmi: panem Bolesławem Białobokiem, nauczycielem fizyki i kolegą z pracy w bieckim liceum oraz państwem Izabelą i Leonem Balwierzami. Zresztą z panią Izabelą, która pracowała w kiosku „Ruchu” w Rynku, łączyła ją również inna pasja – zawody w jak najszybszym rozwiązywaniu krzyżówek, najczęściej z „Przekroju”. Ponadto prenumerowała „Głos nauczycielski” i „Kobietę i życie”. Helena Ołpińska była zawsze kobietą z klasą, nienagannie ubraną i szykowną, o doskonałym stylu i guście. Nie wyszłaby z domu bez idealnie ułożonej fryzury. Dała się poznać jako pedantka, osoba niezwykle dokładna, o genialnej pamięci. Pomimo upływu lat znała wszystkie nazwiska uczniów, pamiętała całe klasy, które uczyła. Jeszcze w czasach swojej edukacji w Gimnazjum i Liceum w Kolbuszowej perfekcyjnie nauczyła się języka francuskiego. Równie dobrze znała też łacinę. Na emeryturze zajęła się szyciem. Były to głównie bluzki, sukienki, a także kostiumy, które wykonywała dla najbliższych. Potrafiła nawet robić skarpetki na pięciu drutach. Do 40. roku życia paliła papierosy, ale dzięki stanowczości i samozaparciu udało jej się z dnia na dzień rzucić nałóg. Doczekała się czworga wnucząt i czworga prawnucząt. Do końca życia mieszkała w Bieczu, który był jej bardzo bliski. Często uczestniczyła w maturalnych zjazdach absolwentów i uroczystościach związanych z rocznicami ukochanej szkoły. Na przestrzeni lat miała problemy z sercem. Helena Ołpińska zmarła 19 maja 2018 roku w swoim domu w Bieczu w wieku 86 lat. Pochowana została trzy dni później w grobowcu rodzinnym na tutejszym cmentarzu komunalnym. Grzegorz Augustowski Zdjęcia, informacje i dokumenty dzięki uprzejmości P. Anny Kurasz (Ołpińskiej) i P. Mariana Ołpińskiego
PEDAGOG Z POWOŁANIA... 2025-02-19
Moja pani profesor od łaciny
W tym roku mija 90 lat, od kiedy śp. Józefa Mostrańska ukończyła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim i rozpoczęła swoją zawodową drogę, podejmując pierwszą pracę jako nauczyciel języka łacińskiego. Była wybitnym pedagogiem, oddanym młodzieży. Po ciężkich doświadczeniach życiowych osiedliła się w naszym mieście i związała z bieckim liceum na długie lata, gdzie również pełniła funkcję dyrektora szkoły.
Józefa Mostrańska z domu Hałucha urodziła się 4 lutego 1908 roku w Jaśle w rodzinie kolejarskiej. Była córką Andrzeja i Barbary z domy Ryba, miała dwóch braci: Augusta i Kazimierza. W latach 1915-1918 przebywała z rodziną w miejscowości Passau. Po powrocie do niepodległej Polski uczęszczała do Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego im. Bł. Jolanty w Jaśle. Maturę zdała w 1927 roku, a następnie podjęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie na Wydziale Filozofii (studiowała filologię klasyczną i historię starożytną). Tytuł magistra uzyskała w 1931 roku. W latach 1931-1938 pracowała w Gimnazjum Żeńskim im. Bł. Jolanty w Jaśle jako nauczyciel łaciny.
W styczniu 1937 roku zawarła związek małżeński z nauczycielem gimnazjalnym Bolesławem Mostrańskim, również absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. 6 stycznia 1941 roku przyszła na świat ich jedyna córka Janina Barbara. Mąż pochodził z patriotycznej rodziny. Jego ojciec Aleksander walczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku, pełnił funkcję Komendanta Policji w Skołyszynie, Bieczu i Jaśle, a dziadek Grzegorz był powstańcem styczniowym.
Józefa Mostrańska przeniosła się do męża i w 1938 roku podjęła pracę w Państwowym Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Równem na Wołyniu. Uczyła także równolegle w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym Związku Osadników i w Polskiej Szkole nr 7 w Równem. Tam zastał ją wybuch II wojny światowej. Uniknęła deportacji na Sybir, ale niestety nie ominęły jej tragiczne wojenne przeżycia. 30 sierpniu 1941 roku jej mąż Bolesław został aresztowany przez gestapo za przynależność do Związku Walki Zbrojnej i rozstrzelany 4 września w Równem. Na Wołyniu przebywała do 5 grudnia 1943 roku prowadząc tajne nauczanie i współpracując z podziemiem niepodległościowym pod pseudonimami „Joanna” i „Brzezina”.
Z końcem 1943 roku powróciła z 73-letnią matką i niespełna 3-letnią córką do Jasła. Do chwili wysiedlenia miasta przez Niemców pracowała w zorganizowanym tajnym nauczaniu. Następnie przebywała w Binarowej, gdzie nadal prowadziła tajne nauczanie. 5 marca 1945 roku podjęła pracę nauczycielską w nowo utworzonej w Bieczu filii Państwowego Gimnazjum i Liceum w Jaśle. Mocno zaangażowała się wraz z innymi nauczycielami w organizację tej placówki, która początkowo mieściła się w budynku Bożnicy. Zameldowana została w naszym mieście 8 maja 1945 roku, czyli w dniu kapitulacji Niemiec. 3 września 1947 roku odbyło się uroczyste otwarcie Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Leszczyńskiego w Bieczu, już jako samodzielnej placówki. Władze miejskie przekazały na rzecz szkoły budynek „Grodu”. Mimo to, ze względu na dużą liczbę uczniów młodzież uczyła się na dwie, a nawet trzy zmiany. We wrześniu 1960 roku oddano do użytku nowy budynek liceum przy ulicy Tysiąclecia.
W kwietniu 1964 roku, po śmierci dyrektora Jana Urbasia, Wydział Oświaty Powiatowej Rady Narodowej w Gorlicach powierzył mgr Józefie Mostrańskiej pełnienie obowiązków dyrektora Liceum Ogólnokształcącego w Bieczu. Piastowała to stanowisko do końca sierpnia 1972 roku. Od września dyrektorem został mgr Stanisław Dąbrowski. Profesor Mostrańska w latach 1972-1974 sprawowała natomiast funkcję kierownika i wychowawcy w internacie LO.
Była mocno zaangażowana w powstanie nowego budynku szkoły oraz już jako dyrektor w późniejszą jego rozbudowę. W czasie 8-letniej kadencji Józefy Mostrańskiej wykonano m.in. elewację budynku. Środki na ten cel pozyskała z czynszu za wynajmowanie obiektu szkolnego na kolonie letnie. Przebudowano również salę rekreacyjną na czytelnię, a w 1967 roku pokryto blachą dach na gotyckim budynku, w którym mieścił się internat. Z kolei w latach 1968-1970 systemem gospodarczym powiększono obiekt szkoły, dobudowując skrzydło, w którym uzyskano sześć dodatkowych sal. Podjęła ogromny wysiłek mimo braków finansowych i kłopotów z materiałami budowlanymi. Zabiegała o sponsorów wśród byłych uczniów, którzy mieszkali m.in. w USA i Australii, a także od rodziców młodzieży uczęszczającej wówczas do bieckiej szkoły średniej. Z własnych funduszy gotowała posiłki dla robotników. Wstawała bardzo wcześnie, samodzielnie je przygotowywała i dostarczała. Czyniła także starania o budowę nowego internatu – zarówno dla uczniów Liceum, jak i Szkoły Zawodowej, ale choroba pokrzyżowała jej plany.
Profesor Mostrańska w czasie swojej długoletniej pracy pedagogicznej uczyła wielu przedmiotów: łaciny, historii, języka niemieckiego, geografii i matematyki. W pamięci wychowanków pozostała jako wybitny pedagog o niezwykłych zaletach charakteru oraz pełen dobroci i mądrości życiowej człowiek. Cieszyła się wielkim szacunkiem i sympatią uczniów, którzy do dziś wspominają ją z sentymentem i wdzięcznością. Wychowała prawie 30 roczników młodzieży. Była wymagającym, ale jednocześnie sprawiedliwym nauczycielem, niekwestionowanym autorytetem bieckiego liceum.
Doskonale orientowała się w możliwościach intelektualnych i warunkach bytowych swoich uczniów. Bezinteresownie organizowała pomoc najbiedniejszym, a ze swojej skromnej pensji wspomagała w ciężkich powojennych czasach ubogich uczniów, którzy marzyli o studiach, często wbrew woli rodziców. Najważniejsze dla niej było dobro drugiego człowieka, zwłaszcza młodego, wkraczającego w dorosłe życie.
Rozmiłowana w kulturze antycznej propagowała dorobek starożytnych Greków i Rzymian. Wpajała wychowankom ponadczasowe prawdy i wartości. Znana była również ze swoich humorystycznych powiedzonek. Gdy planowała całogodzinne odpytywanie uczniów na lekcji, uprzedzała ich, że „dzisiaj będą żniwa”. Namawiała, by młodzież pilnie się uczyła, bo bez wiedzy i dobrego zawodu można jedynie “paść gęsi”. Wychowankowie na imieniny swojej profesor podarowali jej snopek zboża i sierp, a innym razem żywą gęś z laurką po łacinie.
W Liceum Ogólnokształcącym w Bieczu spędziła 29 lat pracy zawodowej, związana była z tą szkołą do końca swojego życia. W październiku 1973 roku za wybitne osiągnięcia w pracy dydaktycznej i wychowawczej otrzymała nagrodę Ministra Oświaty i Wychowania. Józefa Mostrańska zmarła 10 marca 1974 roku w wieku 66 lat. Została pochowana na Starym Cmentarzu w Jaśle w grobowcu rodzinnym Hałuchów.
Grzegorz Augustowski
Źródła: “50 lat Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Wyspiańskiego w Bieczu”, Biecz 1995
